Spływy tratwami kojarzyły mi się do dzisiaj z jakąś ryzykowaną rozrywką dla nielicznych, kamizelkami takimi,jakie są na łódkach i tak dalej. Okazało się jednak, że tratwy to zupełnie inna forma rozrywki…
Po pierwsze – one są organizowane na wolnych, ospałych potokach, którym daleko do wartkich, górskich potoków.
Po drugie – na nie nie trzeba wchodzić w kamizelkach chyba, że ktoś zupełnie nie umie pływać.
Na tratwach trwa niestrudzona integracja. Co jakiś czas przyłączają się nowe i łączy sukcesywnie w jedną sporą tratwę, po czym następuje integracja, siorbanie lekkiego piwka, pieczenie (!) ryb i śpiewy. Pod wieczór przypływa się do jakiegoś ustalonego miejsca i rozbija obóz, gdzie balanga toczy się w najlepsze.
Po siedmiu dniach takiego spływu miałam ewidentnie dość. Kac męczył mnie od kilku dni, nie miałam już siły na zbiorowe tańce a od pijackich przyśpiewek bolała mnie głowa. Przy następnym postoju po prostu spakowałam się, uprzejmie pożegnałam i wróciłam do Lublina. Przez dobrych parę dni miałam mieszkanie tylko dla siebie, jaccuzi z bąbelkami i TV
Podobne publikacje:
Przeczytaj również ...
Podobne publikacje:

